Dwaj wielcy

Jeśli w ferworze przedświątecznych przygotowań zdarzy Ci się, drogi Czytelniku, zajrzeć na tę stronę, poświęć chwilkę, bo może znajdziesz tu podpowiedź, co warto znaleźć pod choinką – Waszą lub Waszych bliskich.

Gdy wejdzie się do księgarni, od ilości wyeksponowanych tam książek zakręcić się może w głowie. Ciężko uwierzyć, że mamy kryzys czytelniczy, skoro wydaje się wciąż nowe książki i wyroby książkopodobne, a wydaje się, bo jest chyba na nie popyt. To przecież nieubłagane prawa rynku.

Nie od dziś wiadomo, że jednym z popularniejszych prezentów kupowanych bliskim lub znajomym są, obok kosmetyków, alkoholu i słodyczy, właśnie książki. Jeśli i Wy chcecie zrobić komuś (lub sobie) taki upominek, a nie chcecie źle wydać pieniędzy, to polecam:

Dziś:

Ja, Fronczewski” i „Ja kontra bas”.

ks 1

Dwie wielkie osobowości polskiego teatru, filmu, kabaretu i radia. Obaj stworzyli wiele mistrzowskich kreacji, kształtowali gusta i charaktery kilku pokoleń odbiorców kultury. Piotr Fronczewski (rocznik 1946) i Jerzy Stuhr (rocznik 1947).

Cóż za przypadkowa (cudowna) zbieżność tytułów:)

W książce Macieja Mastalerza, która jest zapisem długiej rozmowy z Piotrem Fronczewskim, jest to świadome nawiązanie do sztuki wyreżyserowanej przez aktora, w której zagrał on główną rolę: „Ja, Feuerbach” w Teatrze Ateneum.

To dramat wybitnego aktora „starej daty”, który po latach przerwy postanawia wrócić na scenę. Jest to przenikliwa opowieść o sztuce zaczynania od początku (…) To również aktualny i niezwykle przenikliwy traktat o istocie teatru, gdzie „nowe” wciąż ściera się ze „starym”, i nigdy do końca nie wiadomo, które wartości są godne ocalenia, a które nadają się już do lamusa” (ze strony http://teatrateneum.pl/?p=7834).

Z kolei tytuł książki Jerzego Stuhra to podsumowanie 30 lat na scenie z kontrabasem w sztuce Patricka Süskinda „Kontrabasista”. Obie książki są refleksją na temat przemijającego czasu, odnajdowania się aktorów w obecnej rzeczywistości teatralnej, ale przede wszystkim są piękną, mądrą, czasami gorzką, częściej zabawną opowieścią mistrzów o teatrze, ludziach i sztuce.

Gdy w księgarniach pojawiła się książka „Ja, Fronczewski”, tabloidy skoncentrowały się tylko na dwóch wątkach – na tym, że aktor opiekuje się 102-letnią mamą oraz na zdradzie, do której przyznaje się w rozmowie z Maciejem Mastalerzem, a której dopuścił się przed laty. Podkreśla jednak, że mądrość, cierpliwość i dobro jego ukochanej żony uratowały ich małżeństwo, a są razem już ponad czterdzieści lat.

Z własnej winy mogłem wszystko stracić. Myślę, że bez Ewy nie byłbym tym samym człowiekiem. I jest we mnie radość, że tamta historia sprzed lat nie ogołociła naszego związku z rzeczy najwartościowszych (…) Oczywiście z czasem rany się goją, ale blizny pozostają. Chociaż z perspektywy czasu myślę, że może to być doświadczeniem paradoksalnie nie tyle może dobrym, ile pozwalającym lepiej zrozumieć, co jest w życiu tak naprawdę istotne i ważne ”.

Ale to „wyznanie grzechu” zajmuje zaledwie kilka stron i nie jest najważniejszą treścią książki. Pokazuje tylko, że można uchylić rąbka swojej prywatności bez ekshibicjonizmu, bez taplania się w taniej, brukowej sensacji, po to, by zyskać kilku więcej czytelników. Istotą rozmowy i jej drukowanej wersji jest coś innego. Piotr Fronczewski bowiem, z mądrością człowieka, który wiele przeżył, z perspektywy błędów, które popełnił, dróg, którymi szedł, ról, które zagrał – umie spojrzeć na życie i świat z dystansem. Ma swoją hierarchię wartości, wskazuje na to, co dobre, co złe, co ma sens, o co warto walczyć, a na co szkoda czasu, ale przy tym nie narzuca swojego zdania, nie stawia się w pozycji mędrca, który wie więcej. Wprost przeciwnie – Piotr Fronczewski to człowiek niezwykle skromny, okazuje się typem człowieka trochę depresyjnego, takiego „snuja”, jak o sobie mówi. I opowiada – szczerze, refleksyjnie, z zadumaniem nad przeszłością, zachwytem nad wielkością, której dane mu było doświadczyć przez kontakty z geniuszami.

Ja, Fronczewski”, tak jak „Ja, Feuerbach” – to „niezwykle przenikliwy traktat o istocie teatru, gdzie „nowe” wciąż ściera się ze „starym”.

A myśmy wszyscy marzyli o teatrze. Od biedy jeszcze o filmie, chociaż hierarchia była jasna i niewzruszona, toteż występy przed kamerą uważaliśmy za działalność zdecydowanie mniej istotną. Teatr był dla wtajemniczonych, aktorzy teatralni byli swego rodzaju arystokracją”.

Gdy mówi to Fronczewski, nie ma w tym za grosz bufonady, tylko szacunek dla wykonywanego zawodu, dla widza, dla słowa, które pada ze sceny.

Aktor opowiada też o swoim dzieciństwie na gruzach odbudowującej się po wojnie Warszawy, o młodości durnej i chmurnej i decyzji związania się ze sceną. O szlakach hańby, które przemierzali po zajęciach na uczelni, w teatrze, po spektaklach. O przyjaciołach, np. Marianie Glince czy Krzysztofie Banachowiczu, którego tragicznej śmierci był świadkiem. O swojej nieśmiałości, z którą musi walczyć za każdym razem, gdy wychodzi na scenę. Opowiada o aktorstwie i warsztacie starszych pokoleń i gwiazdorstwie młodych, wykreowanych przez telewizję i brukowce.

Mówi o pasji do motocykli, sypie anegdotami, dzieli się refleksjami. Jest rozdział poświęcony rodzinie (Trzy najważniejsze role w życiu – syna, męża i ojca) i takie, w których z pasją, ale i z nutką smutku, sporym dystansem mówi o życiu, scenie, dokonaniach. Nie żałuje żadnej roli lub ich nie otrzymania (np. głównej w Liście Schindlera Spielberga).

Z wielkim szacunkiem Piotr Fronczewski przypomina gigantów polskiej sceny – Kazimierza Dejmka, Tadeusza Łomnickiego i Gustawa Holoubka. O tym ostatnim, swoim mentorze ale i przyjacielu mówi, że to był cud, że przypadek postawił go na drodze Gustawa … w pociągu Warszawa-Wrocław. Bo tam, w wagonie, dostał propozycję od Gustawa Holoubka, by przeszedł do Teatru Dramatycznego.

216

217

Wspomnienia, anegdoty i refleksje nad kondycją polskiego teatru dawniej i dziś składają się na fascynującą podróż przez historię sceny polskiej. Są opowieścią o wielkich, którzy kształtowali przez lata gusta, opinie, charaktery. Fronczewski pracował z najlepszymi, sam też do nich należy, pomimo całej swojej skromności.

Płynąłem z nurtem życia, ciesząc się tym, co przynosiło. Nie walczyłem z prądem tej rzeki, dawałem się nieść, nawet, jeśli czasem zaniosło mnie w jakąś zatoczkę czy szuwary. Nie było we mnie takiego myślenia, że zrobię to i to, żeby się otworzyła przede mną jakaś furtka, a potem następna i następna. Nie planowałem, że kogoś przegonię, ze będę pierwszy, że się gdzieś wdrapię, wgramolę na jakiś szczyt (…) Zawsze wolałem być osobny niż pierwszy. Raczej inny, niż lepszy – jakkolwiek tę lepszość mierzyć. I zawsze było we mnie więcej melancholii niż radości, więcej rezygnacji i pogodzenia się z losem niż woli dokonania czegoś niezwykłego, osiągnięcia czegoś, wygrywania, błyszczenia”.

Ja, Fronczewski” to dobra książka dla tych, którzy chcieliby lepiej poznać człowieka „odpowiedzialnego” za tak wiele wzruszeń i radości, które dał swym widzom. Jako Stańczyk w „Królowej Bonie”, Pan Kleks w filmach Krzysztofa Gradowskiego, „Konsul”, Szpicbródka. Jako Hamlet, Kaligula, Król Edyp, Cyrano de Bergerac. Jako Pan Piotruś z kabaretu Olgi Lipińskiej i Franek Kimono. Piotr Fronczewski, wielki aktor – skromny człowiek. Po prostu.

sp 1

A jak wypada konfrontacja dwóch polecanych przeze mnie książek: „Ja, Fronczewski” i „Ja kontra bas” Jerzego Stuhra? Przeczytajcie obydwie, otrzymacie dwa wnikliwe spojrzenia wybitnych aktorów na teatr, aktorstwo, na świat i ludzi…

Kontrabasistę” Patricka Süskinda Jerzy Stuhr gra od trzydziestu lat i ten jubileusz stał się podstawą spisania kilku refleksji, z humorem, nostalgią i wnikliwym zmysłem obserwacji, na temat tego, jak w ciągu tych trzech dziesięcioleci zmieniał się teatr, widownia, sam spektakl i co dziś już trochę aktora zaczyn uwierać w jego interpretacji, z czego musiał zrezygnować, co zmienić, by nie być śmiesznym czy niezrozumiałym. Tyle lat grania „Kontrabasisty” sprawiło, że Jerzy Stuhr obserwował publiczność i jej reakcje w wielu krajach (w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Austrii, Włoszech). Ucząc w szkole teatralnej obserwuje z kolei młode pokolenie aktorów, zmianę ich systemu wartości. Wypowiada się też na temat gwiazdek telewizyjnych a każdą swoją opinię „przepuszcza” przez filtr, jakim są fragmenty „Kontrabasisty”.

Kontrabasista” to gorzka, ironiczna opowieść o samotnym człowieku, który nie potrafi pogodzić się z myślą grania „ostatnich skrzypiec” w orkiestrze. Ale nie tylko w orkiestrze, bo także w życiu. Spektakl to również monolog o rozpaczliwej samotności, którą bohater stara się wypełniać muzyką. Większość czasu spędza sam w domu, razem z kontrabasem, który w cieniu pokoju wygląda jak „stara, gruba baba”. To właśnie ten instrument bohater obwinia o wszystkie niepowodzenia w swoim życiu. Przez niego jest niedocenionym artystą, nie wyszło mu życie prywatne i erotyczne…
Jerzy Stuhr tak mówi o spektaklu: opowiadam o miłości do instrumentu, który zniszczył me życie — od palców, zrogowaciałych od ściskania strun, po serce złamane przez sopranistkę Sary, którą kocham i nigdy nie osiągnę, bo ona tam, na wielkiej scenie w blasku świateł, a ja tu, w orkiestronie…” (ze strony http://teatrpolonia.pl/event-data/1403/kontrabasista)

Z kontrabasem Jerzy Stuhr staje przed publicznością od 15 lutego 1985 roku. Książka zaczyna się od świetnej historii powstania legendy wokół początków tego monodramu w Polsce, o tym jak polski przekład Barbary Woźniak trafił do aktora. A dalej toczy się historia o tym, że każde wyjście na scenę z instrumentem, który zawładnął dużą częścią jego życia i zajmuje dużo miejsca w życiu bohatera sztuki, było dialogiem z zupełnie różną widownią. „Rozpracowywanie” jej dało aktorowi dystans w postrzeganiu niektórych zjawisk, wyostrza postrzeganie innych.

O teatrze Jerzy Stuhr pisze:

Dzisiaj na scenie musi być niby naprawdę. Niby, bo prawdą nigdy nie będzie to, co się dzieje na scenie – czyli miejscu umowy widza z aktorem. No, ale nasi młodzi chcą rozbierać się naprawdę, wyrzucać swoje kompleksy naprawdę, naprawdę spowiadać się ze swojej intymności. Nie chcą – czy może nie umieją – kreować, oni chcą być. I – co mnie czasem bardzo deprymuje – chcą być bardziej dla siebie niż dla widza. To nas oddala, bo ja robię przez całe życie wszystko, aby być dla widza i przedstawić jego życie, a nie leczyć na scenie własne kompleksy”.

Motywem, który powraca wciąż w postaci kontrabasisty, jest jego pozornie cyniczny stosunek do wielu spraw, które kwituje krótkim, acz dosadnym „a ja olewam”.

Przez trzydzieści lat obserwacji różnej publiczności pod kątem tego, na co położyć szczególnie akcent w czasie prezentacji monodramu, Jerzy Stuhr też zaobserwował wiele zmian. To cyniczne „olewam” to powszechnie przyjęta forma zachowania średniego pokolenia w Europie. „ Mało już rozmów istotnych. A wynika to, wydaje mi się, z lęku przed zasadniczymi pytaniami: jak żyć? Co ja znaczę w tym życiu? Czy dobrych wyborów dokonywałem ? Boimy się, aby tych pytań nam nie zadano, bo nie wiedzielibyśmy, jak na nie odpowiedzieć, zaczynamy więc o pogodzie, jak dzieci, gdzie na narty…I ogólnie – olewam”.

Kontrabasista” jest metaforą współczesnego człowieka, dlatego pewnie to tekst, który się nie starzeje. Widz może się z nim utożsamiać na różnych etapach. Fascynuje publiczność w kolejnym pokoleniu, fascynuje też aktora sposób reakcji na poszczególne sceny, jak zmienia się ich odbiór na przestrzeni tych lat.

Opis swoich trzydziestu lat z kontrabasem na scenach polskich i zagranicznych Jerzy Stuhr zawarł w kilku rozdziałach:

sp 2

A każdy z tych rozdziałów jest okazją do wspomnień, refleksji, anegdot o aktorach i ich „zdarzeniach scenicznych”.

Granie to nie zawód, to pasja.

Aktorstwo to jest umiejętność zapamiętywania pewnych stanów nerwowych u siebie i u innych i odtworzenia ich na zawołanie (…) Uprawianie tego zawodu w ten sposób ma sens, staje się czymś poważnym, potrzebnym ludziom. Inaczej aktorstwo jest jakimś narcystyczno – ekshibicjonistycznym pokazywaniem się, albo wręcz cynicznym naciąganiem ludzi na pieniądze (…) Ale oprócz intensywnego bycia w temacie potrzebne mi było jednak zawsze humorystyczne widzenie świata przeze mnie przedstawianego, jak również widzenie tego świata oczyma dziecka – czyli głębokiej wiary w fikcję, którą kreujemy (…) Brak poczucia humoru w teatrze jest wielkim mankamentem. Teatr to również zabawa. Serio, ale zabawa (…) To sobą samym mam się najpierw bawić i śmiać z siebie, abym miał prawo śmiać się z innych”.

I to wszystko, to mieszanie gatunków, wykorzystuje m.in. w „Kontrabasiście”, choć przyznaje, że strachem czasem napawa go fakt, jak łatwo przychodzi manipulować emocjami widza.

Ja kontra bas” jest opowieścią z kontrabasem i sztuką w tle o pracy, podróżach, refleksjach na temat kondycji teatru w ogóle, świata widzianego przez pryzmat tekstu Süskinda w szczególe. A wszystko okraszone jest sporą ilością anegdot, historii zza kulis różnych spektakli, różnych form dialogu z widownią oraz rysunkami córki aktora Marianny Bończa-Stuhr.

obr 1

Ilustracja do fragmentu, który wyjaśnia, do czego potrzebna jest „Międzynarodówka” w obsłudze kontrabasu.

obr 2

„Stadion i scena to miejsca bardzo podobne”

To „opowieść o dziwnym instrumencie, z którym przyszło mi współżyć przez trzydzieści lat. Ujawniłem swe poglądy na temat przemian w kulturze, w szczególności w teatrze i w filmie tego czasu. Zawsze powtarzam moim studentom, że ceną rzeczą jest nie tylko mieć poglądy, trzeba mieć odwagę też odwagę wypowiedzieć je głośno, bo to jest jednak co innego, niż tylko je mieć. Trzeba wziąć za nie odpowiedzialność”.

Na prezent dla bliskich, na półkę dla siebie-polecam:

Ja, Fronczewski. Piotr Fronczewski w rozmowie z Marcinem Mastalerzem”, Wydawnictwo ZNAK, Kraków, 2015.

Ja kontra bas”, Jerzy Stuhr, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2015.

Reklamy